Jestem emerytowanym bibliotekarzem. Nie z nowoczesnej mediateki, tylko z ceglanego gmachu, gdzie głównym dźwiękiem był szelest kart katalogowych i odgłos stempla. Po czterdziestu latach pracy usłyszałem: „Pan Jerzy, czas na emeryturę. Młodzi dadzą radę.” Młodzi, z ich tabletami, nie wiedzieli nawet, jak ułożyć książki według starego systemu. Mój świat – uporządkowany, alfabetyczny – runął.
Emerytura była niska. Wystarczała na życie, ale na nic więcej. A ja miałem pasję: kolekcjonowałem stare, przedwojenne pocztówki z mojego miasta. To były moje małe okienka w przeszłość. Ale ostatnio, w antykwariacie, trafiłem na niesamowitą serię – dwanaście widokówek z 1938 roku. Cena? Pół mojej miesięcznej emerytury. Stałem przed półką, trzymając je w drżących dłoniach, i wiedziałem, że nie mogę. To było jak odmówić sobie kawałka własnej duszy.
Wróciłem do pustego mieszkania (żona odeszła dawno temu, dzieci mają swoje życie). Bezmyślnie włączyłem komputer. Szukałem informacji o tych pocztówkach. Na jakimś forum kolekcjonerskim, w wątku off-topic, ktoś napisał: „A jak wam się nudzi, to polecam oderwać myśli. Ja czasem, jak mam doła po nieudanych aukcjach, czytam vavada opinie
https://utahmixedmartialartstraining.com – ludzie piszą o wygranych, o porażkach, to jak życie. A potem sam czasem zagram. Dla relaksu.”
Vavada opinie. Opinie. To słowo przemówiło do mnie, byłego bibliotekarza. Opinie to były recenzje książek, oceny, krytyka. To był język, który rozumiałem. Nie „kasyno”, tylko „opinie”. Postanowiłem je… przestudiować. Jak nowy tytuł w katalogu.
Przesiadywałem wieczorami, czytając fora. Ludzie pisali o wygranych, o wypłatach, o emocjach. Były też głosy ostrzegawcze, o graniu z głową. To nie był ślepy zachwyt. To była społeczność z różnymi głosami. Zaintrygowało mnie to. Jako człowiek, który całe życie weryfikował źródła, uznałem, że platforma, która ma tak żywą dyskusję, musi być… realna.
Zarejestrowałem się. Potraktowałem to jak zapisanie się do nowej, nietypowej biblioteki. Wpłaciłem 200 złotych – równowartość dwóch tych pocztówek, na które mnie nie było stać. Wybrałem grę o nazwie „Book of Secrets” – „Księga Tajemnic”. Była jak iluminowany manuskrypt. Symbole to były litery, pieczęcie, zakurzone foliały. Grałem najmniejszymi stawkami. 1,5 złota za spin. To była moja prywatna, wieczorna lektura. Patrzyłem, jak wirują litery, i myślałem o tych pocztówkach.
Moje 200 złotych topniało. 180… 150… 120… Przy 100 złotych pomyślałem, że to koniec badania. Wydatek na „przeczytanie” tej nietypowej „książki” był akceptowalny. Zostawiłem te 100 złotych i wróciłem do swoich katalogów.
Aż przyszedł ten dzień. W antykwariacie dowiedziałem się, że ktoś inny kupił całą serię tych pocztówek. Poczucie straty było fizyczne. Jakbym stracił kawałek historii, do której miałem prawo. Wróciłem do domu przygnębiony. Usiadłem przy biurku. Zamiast otworzyć album, otworzyłem laptopa. Vavada opinie – przypomniało mi się. Zalogowałem się. Miałem te 100 złotych. Postanowiłem je „zarchiwizować” – czyli stracić, by zamknąć ten rozdział. Wybrałem w grze „Book of Secrets” opcję „Otwórz Księgę” za całe 100 złotych.
Ekran pociemniał. Pojawiła się animacja starej, dębowej biblioteki. Moja awatarowa postać (mały, pixelowy mnich) podszedł do wielkiej księgi na pulpicie. Otworzył ją. Zamiast tekstu, ze stron księgi wyskoczyły… stare fotografie. Nie byle jakie. Zdjęcia MOJEGO miasta z lat 30. Te same ujęcia, co na tych pocztówkach! To było niesamowite. Pod spodem napis: „ODKRYTO ZAGRUBIONĄ KARTĘ HISTORII. UŁÓŻ SEKWENCJĘ.”
Pojawiły się trzy fotografie w losowej kolejności. Musiałem ułożyć je chronologicznie według jednego, widocznego szczegółu – postępu budowy nowego ratusza. Moja wiedza lokalnego historyka-amatora wzięła górę. Ułożyłem je bez wahania.
Gdy kliknąłem „Potwierdź”, fotografie na ekranie rozbłysły złotym światłem. A potem, z każdej fotografii, jak z rzutnika, popłynęły na ekran strumienie cyfr. Nie były to zwykłe liczby. Wyglądały jak daty pisane starym, gotyckim krojem: 1920… 1938… 1945… Każda data, gdy się pojawiła, zamieniała się w złotą monetę o odpowiedniej wartości. 5 000… 25 000… 70 000… Strumienie dat łączyły się, tworząc na ekranie złoty, wirujący globus. 150 000… 220 000… Patrzyłem, jak na ekranie komputera, w moim mieszkaniu pełnym starych książek, materializuje się historia w najczystszej, finansowej formie. Globus przestał się obracać. Kwota: 285 000 złotych.
Dwieście osiemdziesiąt pięć tysięcy.
Usiadłem ciężko w fotelu. Pierwszą myślą było: „To na nowy katalog. Na digitalizację.” Drugą: „To na pocztówki. Na wszystkie.”
Wypłata była jak proces sprowadzania rzadkiego woluminu z zagranicy – wymagała cierpliwości i dokumentów. Gdy pieniądze stanęły na koncie, nie kupiłem od razu nic. Zadzwoniłem do antykwariusza. „Czy ten pan, który kupił te pocztówki… czy odsprzedałby?” Okazało się, że nie, ale był kolekcjonerem z innego miasta. Zaproponowałem mu spotkanie. Pokazałem mu skan wyciągu bankowego (ocenzurowany). „Proszę pana, jestem starym bibliotekarzem. Te pocztówki to moja pasja. Czy zgodziłby się pan sprzedać mi chociaż trzy?” On popatrzył na mnie, na skan, i uśmiechnął się. „Nie sprzedam panu trzech. Sprzedam panu całą serię. W cenie, za którą kupiłem. Bo widzę, że trafią do dobrego domu.”
Dziś te pocztówki są oprawione i wiszą w moim gabinecie. Ale to nie koniec. Z reszty pieniędzy założyłem mały fundusz „Strona po Stronie”. Dofinansowuję z niego digitalizację najstarszych, najmniej popularnych zbiorów w mojej byłej bibliotece. To nie są bestsellery. To są np. księgi adresowe miasta z XIX wieku. Nikt ich nie czyta, ale ja wiem, że to jest fundament. Dzięki mnie, młody stażysta skanuje je teraz stronę po stronie.
Czy czytam jeszcze opinie? Czasem. Gdy pracuję nad katalogiem mojej prywatnej kolekcji i potrzebuję przerwy, otwieram przeglądarkę. Wpisuję vavada opinie. Przeglądam najnowsze wpisy. Uśmiecham się. To mój rytuał. Przypomnienie, że czasem, by ocalić kawałek przeszłości, trzeba zrobić krok w stronę czegoś zupełnie nowego i nieznanego. I że nawet najstarsza księga czasem ma w środku ukrytą, złotą kartę, która czeka, aż ktoś o niej przeczyta w internetowych opiniach, i odważy się ją otworzyć. A ja, stary bibliotekarz, otworzyłem. I znalazłem nie tylko fortunę, ale też potwierdzenie, że moja pasja ma wartość – i to bardzo konkretną.